.

.

piątek, 22 stycznia 2016

Baśń o baroku. Dziewczyny z ruin – recenzja

Ruina lub ruiny (z łac. ruere – przewracać się) – widoczne pozostałości zniszczonego, lecz niecałkowicie rozebranego obiektu budowlanego.           (Wikipedia)




Tytuł: ,,Dziewczyny z ruin"
Inne tytuły: ,,Haikyo Shoujo"
Autor: Tsukiji Nao
Wydawca polski: Waneko
Wydawca oryginalny: Kodansha
Gatunek: dramat, fantasy, psychologiczny, tragedia, realizm magiczny
Grupa docelowa: shoujo
Ilość tomów: 1
Cena okładkowa: 19,90zł







     Choć ciągle mówią nam, żeby nie oceniać książki po okładce, okładek nie da się jednak całkowicie ignorować. W przypadku mang jest tak samo, w końcu też składają się z kartek i takie trochę do książki to to podobne. Nasze ukochane Waneko, najbardziej wydajne wydawnictwo, w swoim cyklu jednotomówek prezentuje spragnionym wrażeń mangowcom zróżnicowane tytuły, zwykle mniej znane, które kojarzą tylko takie dziwadła jak ja. O Dziewczynach z ruin też niewiele kto słyszał, ale prawie wszystkich oczarowała wspaniała okładka. Rdza, mechanizmy, dzika roślinność, a w tym otoczeniu dwie smukłe dziewczęce postacie, odziane w białe mundurki. Kiedy tylko ujrzałam, natychmiast zapragnęłam przeczytać. Pod okładką, która przyciąga jak elektromagnes, kryją się cztery historie, każda zupełnie inna, ale łączy je jedno – tytułowe ruiny. 

     Dziewczyny z ruin to pierwsza z opowieści, poznajemy w niej losy dwóch przyjaciółek, z których jedna była w przeszłości uwięziona w ruinach. Nie pamięta ona nic z wydarzeń sprzed laty i szczerze mówiąc, woli zostawić to daleko za sobą. Było, minęło. Życie nie jest jednak tak proste i pewnego dnia nastolatka musi stanąć twarzą w twarz ze swoją przeszłością i dowiedzieć się, co tak naprawdę wydarzyło się w ruinach starej fabryki. Ten oneshot to piękny przykład na to, że nawet na przestrzeni czterdziestu stron można przedstawić interesujące, niejednoznaczne postacie. Momoka, jedna z przyjaciółek, która była słodka i urocza, ale ,,czasem patrzyła tak, że aż budziła grozę", to naprawdę ciekawą dziewuszka, a jej spojrzenie faktycznie zapada głęboko w pamięć. Czytelnik cały czas zastanawia się, co kłębi się w jej ślicznej główce, a wyjaśnienie jej postępowania i zagadki z przeszłości jest satysfakcjonujące. Kocham mangi psychologiczne jak koala liście eukaliptusa, więc to mój ulubiony oneshot z całego zbiorku. 

     Po historii z uroczymi dziewczynkami w mundurkach przechodzimy do czegoś z całkiem innej bajki. Bardzo ładnej bajki, trzeba dodać. W jednej ze swoich recenzji pisałam kiedyś, że w mangach rzadko można spotkać dorosłe postacie w roli głównych bohaterów, a już żeby uczynić ważną postacią osobę, która pięćdziesiątkę ma już za sobą i nie jest nieśmiertelnym wampirem, trzeba być naprawdę odważnym. Tsukiji Nao wie, że do odważnych świat należy, więc w Człowieku, który widział muzykę śledzimy perypetie pewnego podstarzałego jegomościa parającego się nauczaniem w szkole muzycznej. Pan Sumida po rozmowie z pewnym dziwacznie (i nieskromnie) ubranym młodzieńcem zaczął widzieć dźwięki. Synestezja na bogato, przed jego oczami rozpościerają się niesamowite, monumentalne struktury, kobiety, kwiaty, owoce, mityczne stworzenia. Niestety, takie piękne widoki nie radują naszego pana, tylko doprowadzają go do szaleństwa. W tej krótkiej opowiastce znajdziemy zazdrość, porzucone marzenia, niezadowolenie z życia. W sumie opowieść ma naprawdę śliczny koncept, jednak jest przewidywalna, można odnieść wrażenie, że fabuła jest tu tylko pretekstem do narysowania jak największej ilości oszałamiających zwidów głównego bohatera.


     W przypadku Dziewczyny z szuflady jest już trochę inaczej, wracamy do klimatów bliższych pierwszej opowieści. Mamy świat współczesny, jednak fabuła jest całkiem odrealniona. Młody pasjonat tworzenia dioram (makiet modelarskich) zostaje zagadnięty na ulicy przez nieznajomą dziewczynę, która nazywa go doktorem. Okazuje się, że śliczna białogłowa cierpi na pewną chorobę, objawiająca się między innymi halucynacjami, i leczył ją brat bliźniak naszego entuzjasty miniatur. Tajemnicza dziewczyna mieszka w ruinach pasażu handlowego, gdzie w szufladach komody ukrywa się przed światem. Bohater podszywający się pod swojego niedawno zmarłego brata stara się dociec prawdy na temat natury relacji łączących go z dziewczyną z szuflady. Znów najważniejszą rolę gra psychika bohaterów. Niestety, o ile Dziewczyny z ruin były na tyle realistyczne i niezwykłe zarazem, by dało się uwierzyć, że gdzieś mogła wydarzyć się taka historia, w przypadku tego oneshotu w mieszance znalazło się zbyt wiele niezwykłości i czystego absurdu. Nie ma też tak ciekawej postaci jak Momoko, która mogłaby zafascynować, bo tytułowa wielbicielka szuflad okazuję całkiem zwyczajną nastolatką, jedynie zmarły doktor budzi w moim przypadku szczere zainteresowanie.


     Tomik zamyka opowieść pod tytułem Wzgórze kapeluszy, opowiadająca o bardzo zdolnym młodym kapeluszniku, robiącym wielką karierę, i jego słodkiej pomocnicy. W drodze do zamku króla jakieś licho poplątało im drogi, błądzą więc i trafiają do tajemniczych ruin, z których nie ma wyjścia. Przynajmniej w teorii, bowiem jakoś sposób zawsze się znajdzie, ale żeby wydostać się z pułapki nasz młody wytwórca kapeluszy będzie musiał poważnie zastanowić się nad tym, czego naprawdę chce od życia. Brzmi strasznie sztampowo, ale z każdej sztampy da się zrobić coś dobrego. Tutaj udało się tak pół na pół. Przemiana wewnętrzna nie jest jakaś powalająca, bohaterowie przeciętni, ale za to strona fabularna wypada naprawdę dobrze, zakończenie jest po prostu ładne, subtelne i baśniowe. Właśnie – baśniowe. Niewiele jest mang, które tak bardzo przypominają baśń. Prosto i dość schematycznie, jednak niezaprzeczalnie pięknie i magicznie. 

     Nigdy nie byłam jedną z kreskofaszystów, czyli osób, dla których ładna kreska w mandze jest rzeczą nadrzędną, jednak nie mogę zaprzeczyć, że strona wizualna w przypadku komiksu jest istotna. Manga Tsukiji Nao okazała się moją nemezis. Patrzyłam na wspaniałe rysunki, czytałam historie raz, drugi, trzeci, ale choć starałam się jak mogłam, nie potrafiłam w pełni zachwycić się piękną grafiką. To pierwszy przypadek w mojej karierze mangowca, kiedy kreska czytanej przeze mnie mangi jest obiektywnie na niezwykle wysokim poziomie, uznaję wielkość mangaki jako rysownika, ale wszystko jest całkiem nie w moim guście. Dokładnie takie samo wrażenie, jak podczas jedzenia sushi. Nie mogę powiedzieć, że ten japoński specjał jest niedobry, ale to nie mój smak.


     Klimat Dziewczyn z ruin jest niepodrabialny i ogromną rolę w jego kreowaniu ma specyficzna kreska autorki. Godna podziwu dbałość o drobiazgi rzuca się w oczy już po pobieżnym przekartkowaniu tomiku. Mózg atakuje setka informacji, jednak nie dochodzi do przeładowania, bowiem wszystkie rysunki są doskonale wyważone, a całość bardzo przejrzysta. Ogromnie podobają mi się okrągłe kadry, rzecz tak ładna, a przy tym tak rzadko spotykana jak okapi. Stroje postaci są zróżnicowane, w niektórych opowiadaniach wydają się wzorowane na dawnej modzie europejskiej, jednak jest to raczej luźna inspiracja, jedynie kapelusze ze Wzgórza kapeluszy przypominają bardzo nakrycia głowy i fryzury z czasów baroku, kiedy liczyła się ilość i monumentalność. Barok jest w przypadku tej mangi słowem kluczem. Bogactwo szczegółów, świadomy przesyt, kontrolowane szaleństwo. Dostrzegam tu trochę inspiracji secesją wymieszaną z klasycyzmem i akademizmem, zwłaszcza w Człowieku, który widział muzykę, ale nie jestem znawcą sztuki, więc moja ocena może być nietrafna, kajam się.

     Twarze postaci są, w przeciwieństwie do teł i ubrań, narysowane dość prosto, trochę wyidealizowane, przypominające tak uwielbiane przez mangaków lalki. Co ciekawe, autorka potrafi narysować ludzi w podeszłym wieku, co wcale nie jest oczywistością. Sylwetki bohaterów, zwłaszcza dziewcząt, są wychudzone, ich kończyny przypominają patyczki, które bardzo łatwo połamać, widać to choćby na okładce. Nie umiem wyobrazić sobie, żeby w tych nóżkach zmieściły się ludzkie kości, mięśnie, warstwa podskórnego tłuszczu... Zdrowi ludzie po prostu tak nie wyglądają. O dziwo, zdarzają się kadry z normalnie narysowanymi ludźmi, więc nie chodzi tu raczej o celowe wychudzenie w celu osiągnięcia groteskowego efektu. W zasadzie to jedyna wada, którą potrafię wskazać w stronie graficznej tej mangi.

     Subiektywnie rozczarowują mnie tytułowe ruiny, które zupełnie nie przypominają pozostałości po czymś, ale wydają się celem samym w sobie. Nie czuć tutaj tej obiecywanej przez Waneko w tekście na okładce atmosfery rozkładu. Czasem chęć narysowania jakiejś niezwykłej struktury wygrywa z pragnieniem stworzenia w miarę logicznej, niedziurawej fabuły. Tak w Dziewczynie z szuflady mamy dwie siostry mieszkające w pozostałościach dawnego pasażu handlowego. W teorii nasze bohaterki są biedne, jednak starsza siostra nosi się elegancko i ma pracę, a ruiny są tak pokazane (meble na trawie, pod gołym niebem), że nie sposób wyobrazić sobie, by te dwie kobiety faktycznie w nich mieszkały.



     Tomik ma taki sam format jak inne mangi z bardzo lubianej przeze mnie serii Jednotomówek Waneko. Obwoluta jest matowa, co z jednej strony cieszy, bo zyskujemy elegancję, a z drugiej trochę smuci, bo tracimy intensywność kolorów tych pięknych grafik. Nie można mieć kosmity z czekolady i zjeść kosmity z czekolady. Jak zawsze w wypadku mang z tej serii, tłumaczenie jest poprawne. Podobają mi się zastosowane czcionki, bardzo pasują do ogólnego klimatu mangi. Literówek raczej nie zauważyłam, chochliki były łaskawe dla Waneko. Czerń na śnieżnobiałym papierze jest dość intensywna, jednak udało się uciec od prześwitujących stron, zmory gnębiącej wydawnictwo. Niestety, o ile w środku jest pod tym względem dobrze, to okładka prześwituje przez obwolutę, co dość rzuca się w oczy i stanowi największy mankament wydania.

Prześwitywanie.

     Uwielbiam psychologiczne mangi utrzymane w konwencji realizmu magicznego, więc kiedy Waneko ogłosiło Dziewczyny z ruin, swoim skakaniem z radości prawie zniszczyłam podłogę. Miałam wysokie oczekiwania i w sumie nie mogę powiedzieć, że się zawiodłam. Choć historie są dość proste i nie każda do mnie przemawia, mają w sobie coś intrygującego. Szacuję, że ten cieniutki komiks sprzedał się całkiem dobrze, co daje mi nadzieję na wydanie większej ilości podobnych mang przez nasze kocie wydawnictwo. Jeśli lubi się groteskę, zjawiskowe rysunki i historie balansujące na granicy między baśniowym klimatem a realizmem, Dziewczyny z ruin są pozycją po prostu obowiązkową.

Moja ocena:
fabuła: 7/10
bohaterowie: 6/10
grafika: 9/10
ogólnie: 7/10


      Nie wiem, kto to przeczyta, bo tak długie, wyrazów wiele. Tak, cztery akapity o kresce. Nie, nie wiem, co jest ze mną nie tak.

22 komentarze:

  1. Tytułu nie znam, ale okładki bym nie ominęła, na półce na pewno przykułaby moją uwagę. Co jak co, ale przy mangach jednak zwracam na to oczęta ;D
    Przypomniałaś mi,że miałam zrobić sobie maraton Obcego, dzienks XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obcy jest najlepszy C:

      Usuń
    2. No ba, tylko nie ten szit typu obcy kontra predator ;p
      Lipna treść musi się sprzedać to nadrabiają okładką ;)

      Usuń
  2. Przeczytałam! :D Znaczy reckę, bo mangę bym chciała po tej recce. Przyda się coś na osłodę, bo sesja. Kadry z Człowieka, który widział muzykę wyglądają niesamowicie. Trochę kojarzą mi się z paradą w Paprice. A tak w ogóle są jakieś kolorowe strony?

    Ps. Pierwsza!!!!!111oneone Gdzie zgłosić się po czekoladowego kosmitę?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oh nie, ktoś mnie jendak wyprzedził ;c

      Usuń
    2. Czuję się źle, bo nie widziałam Papriki, choć chciałam. Jest jedna kolorowa strona, ten obrazek, który wstawiłam. Z drugiej strony mamy spis treści i zielone rury i rurki z zaworami. Jeżu, sesja ;_;
      Hihi, kosmity nie będzie.

      Usuń
    3. Warto obejrzeć, aczkolwiek chyba nie ma wersji z napisami. W każdym razie szukałam i nie znalazłam, po czym poddałam się i obejrzałam z lektorem.
      Rdza i mech wyglądają świetnie na tym obrazku ^^
      #zachciałomisięunżyniera
      No, przynajmniej nie zgrubnę ;p

      Usuń
  3. To jaki mają skład te łzy? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Woda, chlorek sodu, interferon, lizozym, defensyny.

      Usuń
  4. Mi ta jednotomówka naprawdę siadła i pod względem kreski i pod względem fabuły i chciałabym takich tytułów więcej. Z tym, że ja akurat, w odróżnieniu od ciebie, raczej nie nastawiałam się na to, że tomik mi się jakoś specjalnie spodoba ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W sumie też chciałabym więcej podobnych tytułów, może niekoniecznie dokładnie takich.

      Usuń
  5. Też planowałam napisać coś na temat tej mangi, ale jakoś nie mogę się za to zabrać (właściwie sama wciąż nie jestem pewna, co miałabym napisać ^^''). Mangę kupiłam głównie za sprawą kreski, której nie można odmówić uroku, choć nie obyło się bez zastrzeżeń z mojej strony, chociażby, jak już wspomniałaś, tych patykowatych kończyn. Do tego czasami miałam wrażenie, że postaci zginają się nie w tych miejscach, co trzeba (jak na przykład Momoka z tyłu obwoluty). Jeśli chodzi o historie, to trudno oprzeć się myśli, że autorka stworzyła je głównie dla możliwości ich zilustrowania. Na początku właściwie nie umiałam sobie wyrobić konkretnego zdania na temat tych historii, ale czytając o nich w Twojej recenzji stwierdziłam, że w każdym razie miło je wspominam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, miałam problem z tą Momoką. Nawet ustawiałam siostrę, by zobaczyć, czy to faktycznie tak by wyglądało. Nie wyglądałoby! Nawet, jakby siedziała lekko bokiem. Szaleństwo anatomiczne.

      Usuń
  6. Wcześniej zastanawiałam się nad zakupem tej mangi a teraz po przeczytaniu Twojej szczegółowej recenzji wiem że, warto ją kupić. :D Dziękuję za ten artykuł i czekam na następne. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Kolejna ciekawa recenzja :). Mnie "Dziewczyny z Ruin" spodobały się od pierwszej lektury. Aczkolwiek masz rację, że "Dziewczyna z Szuflady" jest z tego zbiorku najsłabsza. Mnie najbardziej spodobał się rozdział pierwszy i ten o kapeluszniku, aczkolwiek opowieść o staruszku też robi wrażenie.

    Kreska przepiękna. Kojarzy mi się z kobiecą wersją Tsutomu Niheia ;). I ja lubię takie szczupłe postaci. Podobały mi się długonogie "Czarodziejki" i bohaterowie "ParaKissa". Po prostu w pewnych przypadkach takie sylwetki pasują do konwencji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też lubię nienaturalnie chude postacie, ale wtedy, kiedy jest to calowy zabieg, na przykład w K no Souretsu. Tutaj widać, że autorka z jednej strony chce rysować ludzi jak należy, ale jej to zwyczajnie nie wychodzi. Momoka z tyłu okładki, brrr, to wygięcie.

      Usuń
  8. Dałam się pokusie i akurat w sobotę zakupiłam. Jak nie fabuła to kreską nadrobi tak jak było z Tsumitsuki :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie fabularnie Tsumitsuki było chyba lepsze :_:

      Usuń
  9. Z chęcią kupiłabym ten tomik, wygląda zachęcająco, a i dużo dobrego o nim słyszałam. Zbliżają mi się urodziny, to może dostanę jakieś dofinansowanie i zastanowię się nad kupnem. :3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Urodziny takie cudowne mangowo C:

      Usuń
  10. Hyhy zawsze czytam do końca :D. Mi chyba najmniej podobały się właśnie dziewczyny z ruin, Momoka rzeczywiście była bardzo interesująca, ale pomysł z tą miłością strasznie kulał :/. Za to człowiek, który widział muzykę najbardziej przypadł mi do gustu. Jestem pewna, że to przez głównego bohatera bo był staruszkiem XD. Dziewczyna z szuflady wypadła dość blado. Wzgórze kapeluszy zajęło u mnie drugie miejsce na podium :P. Najbardziej podobały mi się rysunki właśnie z tego opowiadania (i z "muzyki")no i dokładnie jak napisałaś było baśniowo, a baśnie to dla mnie strzał w dziesiątkę. Tym samym kreska była dla mnie idealna i z chęcią kupiłabym coś jeszcze w tym stylu :D.

    OdpowiedzUsuń
  11. Oh wait, Twoja recenzja totalnie różni się od mojej. Mi właśnie najbardziej podobała się druga i trzecia historia

    OdpowiedzUsuń