piątek, 8 grudnia 2017

Platinum End – recenzja

     Ludzie lubią te piosenki, które już znają. Sprawdzone sposoby są najlepsze, trzymajmy się schematów, fani dostaną to, co lubią, wszyscy będą zadowoleni. Mam wrażenie, że właśnie takie myśli towarzyszyły Ohbie i Obacie podczas wymyślania fabuły ich nowej mangi. Szkoda tylko, że to nie takie proste i nie wystarczy zmieszać ze sobą kilku popularnych w świecie chińskich bajek motywów, żeby osiągnąć sukces...






Tytuł: ,,Platinum End"/,,Platina End"
Rysunki: Takeshi Obata
Scenariusz: Tsugumi Ohba
Wydawca: Shueisha
Gatunek: dramat, nadprzyrodzone, tajemnice, szkolne życie, psychologiczne, romans
Grupa docelowa: shounen
Ilość tomów: 7+






     Wspomnianego wcześniej duetu Ohba&Obata raczej nie trzeba nikomu przedstawiać, bo czy jest ktoś, komu nigdy nie obiła się o uszy nazwa Death Note? Można nie lubić tej historii, ale trzeba przyznać, że Notatnik Śmierci wielką mangą jest, która swego czasu miała duży wpływ na światowy fandom. Seria doczekała się anime (które, notabene, jest obecnie najpopularniejszym tytułem na MALu), pięciu filmów, serialu aktorskiego, kilku gier oraz light novel. Kiedy okazało się, że autorzy mangowego pierwowzoru pracują nad nowym tytułem, utrzymanym bardziej w klimatach DN niż Bakumana, zaintrygowani fani od razu rzucili się do czytania. Ja również byłam bardzo ciekawa i liczyłam na wiele. Czy Platinum End spełniło moje oczekiwania? 

     Lubię, kiedy mangi zaczynają się od trzęsienia ziemi. Platinum End rozpoczyna próba samobójcza głównego bohatera. Na szczęście Mirai nie umiera, bo ratuje go nadobna anielica, trochę szkoda, bo historie z martwymi protagonistami bywają ciekawe. Ale, ale, nic jeszcze straconego, Mirai może umrzeć w każdej chwili, bo właśnie został zawodnikiem niebezpiecznej gry, której stawką jest tytuł Boga, tego jednego i najważniejszego, nie jakiegoś tam pomniejszego bóstwa. Trzynaście osób będzie walczyć ze sobą, a ten, który pozostanie żywy na placu boju, zgarnie wszystko. Wybrani przez aniołów ludzie mają różne intencje i plany, jednak znalazł się wśród nich pewien młodzieniec, który  od razu wziął sprawy w swoje ręce i postanowił, że pod przykrywką walczącego ze złem obrońcy sprawiedliwości w superkombinezonie wykończy resztę zawodników. Wątpliwości, układy i intrygi, od teraz tak właśnie będzie wyglądał świat głównego bohatera.

Główny bohater to trochę taki syn L i Lighta.

     Może dla osób dopiero rozpoczynających swoją przygodę z mangowym światem taka fabuła wydaje się interesująca, ale ja już za wiele życia zmarnowałam na czytanie chińskich kolorowanek, żeby dać się nabrać. Wszystko to gdzieś już było. Walka o tytuł boga? Pamiętnik Przyszłości (Mirai Nikki). Nawet liczba uczestników rozgrywki jest podobna. Superbohaterowie w kombinezonach – cudach techniki, i płynna granica między dobrem i złem? Zetman. No i oczywiście nie możemy zapomnieć o Death Note. Anioły towarzyszą wybrańcom podobnie jak shinigami właścicielom notatników, pełnią też bardzo podobną funkcję fabularną, ponadto znów ważnym wątkiem jest analizowanie zasad dotyczących ponadnaturalnych zdolności bohaterów. Platinum End wygląda jak kolaż różnych innych tytułów, kolaż kiczowaty i posklejany bez wyczucia. 

     Największa wada tej serii to brak umiaru, niemalże każdy aspekt jest maksymalnie przesadzony. Zacznijmy choćby od głównego bohatera. Mirai to dosłownie drugi Harry Potter, tylko bardziej. Zamiast komórki pod schodami miał schowek na narzędzia, a jego opiekunowie byli jeszcze okropniejsi niż Dursleyowie, bo doprowadzili do śmierci biologicznych rodziców. Jeśli denerwował Was Shinji Ikari, który uparcie nie chciał wsiąść do mecha, to obawiam się, że będziecie mieli ochotę zadusić Mirai-kuna już od pierwszego rozdziału. Mam wrażenie, że angst jest tym, co skleja tego chłopaka od środka. Jeśli chodzi o resztę postaci, to wcale nie jest lepiej. Pozwolę sobie na krótkie przedstawienie Wam tych wspaniałych bohaterów. Zapracowany ojciec rodziny, który dowiedział się, że choruje na raka, urocza, ale bardzo dziwna dziewczyna, w której podkochuje się Mirai, anioł zdradzający objawy galopującej socjopatii, bogaty kolejny nastolatek z kompleksem boga... Już wiecie, z czym mamy do czynienia?

: D
     Zauważyliście na pewno, że dużo miejsca poświęciłam w tej recenzji na wzmianki o Death Note, co niektórych mogło zirytować, bo przecież nie powinnam aż tak bardzo sugerować się inną mangą Ohby i Obaty. Cóż, problem jest taki, że sami twórcy nie mogą na dobre odkleić się od Notatnika śmierci. Podczas lektury Platinum End nieustannie miałam wrażenie, że autorzy stwierdzili, że ludzie niewłaściwie odebrali ich poprzednią historię, dlatego postanowili wyprodukować mangę, w której ich przesłanie będzie już całkowicie jasne, żeby nikt się nie zastanawiał, co tak naprawdę myśleli podczas pracy nad Death Note. Czytelnik dostaje wszystko na tacy jak Herodiada głowę Jana Chrzciciela w misie, nie ma miejsca na wątpliwości, ten bohater postąpił źle, ten dobrze, to jest białe, to czarne. Naprawdę bardzo boli ta wylewająca się z mangi naiwność doprawiona absurdem. Przez to nie da się brać Platinum End na poważnie. Pani doktor wyglądająca jak zdeformowany klon Pameli Anderson w jej najgorszych latach, która gwałci biologię i chemię, dozbrajanie się w cudowne wynalazki bojowe, kolorowe kombinezony Power Rangers, niziołek w masce Donalda Trumpa, przeniesienie kwatery głównej do starego kościoła... Przecież to jakiś żart, w dodatku  bardzo kiepski. 

     Nawet Platinum End ma jakieś zalety, jest ich bardzo dużo, bo aż dwie. Pierwszy plus to wartka akcja, naprawdę ciągle coś się dzieje i historia potrafi wciągnąć. Pojawiają się intrygi i różne skomplikowane plany, co z tego, że połowa głupia jak but, przynajmniej autorzy podejmują wysiłek i starają się dodać coś od siebie do tej zupy ze wszystkiego, co znaleźli w lodówce. Druga pozytywna rzecz w tej mandze to kreska. Nie ma wątpliwości, że Takeshi Obata potrafi rysować, jego kreska jest bardzo charakterystyczna i dopracowana. W Platinum End widać ten niesamowity warsztat i lata doświadczenia. Postacie wyglądają zazwyczaj dość realistycznie, ich ubrania i włosy są szczegółowo narysowane, tła pojawiają się nieustannie i zachwycają starannością, rastrowanie budzi szacunek, dynamiczne sceny są czytelne i wyraziste. Niestety, do warstwy graficznej też czasem zakrada się przesada i groteska, ale Platinym End nadal pozostaje chyba najlepiej narysowaną mangą Obaty ze wszystkich jego dzieł. To smutne, że tak świetne rysunki marnują się na tak beznadziejną fabułę. 


     Platinum End obiecywało wiele, ale okazało się zlepkiem oklepanych motywów, przedstawionych w wyjątkowo nieapetyczny sposób. Wszystko w tej historii jest zwyczajnie głupie i przesadzone. Kicz, kicz i jeszcze raz kicz. Nie wiem, co musiałoby się wydarzyć, żeby uratować ten kociołek Panoramiksa, niech ta seria po prostu jak najszybciej się skończy. Jeśli macie bardzo wysoką odporność na żenująco przedramatyzowane historie, nie szukacie w mangach oryginalności lub jesteście kreskofaszystami, dla których najważniejsza jest warstwa graficzna, śmiało sięgajcie po Platinum. Wszystkim innym zdecydowanie odradzam, a już zwłaszcza fanom Death Note lub Bakumana.

Moja ocena:

fabuła: 3/10
bohaterowie: 2/10
grafika: 9/10
ogólnie: 3/10

Staram się pisać jak najwięcej, ale ostatnio dużo dzieje się w moim życiu towarzyskim, ponadto mieszkam teraz w akademiku, a to nie sprzyja pracy nad notkami na bloga. Mam mnóstwo pomysłów, jednak nie umiem znaleźć czasu, żeby przysiąść i w końcu zacząć coś robić, do tego cały czas mam wrażenie, że piszę coraz gorzej i nęka mnie straszydło o imieniu nawrót depresji. Wybaczcie, wiem, że kiepskie wymówki :< 

21 komentarzy:

  1. Po raz pierwszy widziałam ten tytuł we Francji i w sumie zastanawiałam się nad kupnem - Death Note'a szanuję, ale jakoś szczególnie na jego punkcie nie szaleję - bo obwoluta miała takie gwiazdki... Nie wiem jak to nazwać, one się tak pojawiały jak się patrzyło na tomik pod różnymi kątami. XD
    Na szczęście doszłam do wniosku, że tytuły tych autorów mnie nie przekonują, więc zamiast tego wzięłam tomik Bnha. Patrząc na Twoją ocenę, podjęłam dobrą decyzję. :D
    A co do tego, że piszesz gorzej, to niczego takiego nie zauważyłam - dalej czyta mi się Twoje notki bardzo dobrze. :D
    I bardzo się cieszę z notki w ogóle, szkoda że pojawiają się tak rzadko, ale rozumiem powody. ^^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Boli mnie, że takie Platinum End jest wydawane w tylu różnych krajach, a dobre mangi niestety nie. 0.0 Jak to gwiazdki, muszę koniecznie sprawdzić! Hm, internety milczo, albo ja nie umiem szukać, zapewne to drugie.
      Pracuję nad kolejnymi, ale cicho <:

      Usuń
  2. Szto się dzieje z polskimi znakami na blogasku? =0
    Mam wrażenie, że mangi Obaty i Ohby mają coś takiego, że potrafią podtrzymać zainteresowanie i poprowadzić akcję przez dłuższy czas i to jest jakaś tam moja obserwacja na podstawie Death Note'a. W Notatniku Śmierci wszystko było pięknie do momentu, a później seria trochę straciła, ale może w mandze było inaczej - opieram się na znajomości anime. Bakumana znam w sumie tylko ze słyszenia (pamiętam, że autor HiatusxHiatus kiedyś przyznał, że utożsamia się z postacią, której główną cechą było chyba bycie leniwym i zawsze sobie o tym przypominam, gdy znowu zaczynają go boleć plecy i robi przerwę w rozdziałach), ale wnioskuję, że jakoś musieli poprowadzić tę dwadzieścia tomiszczy i podtrzymać zainteresowanie czytelnika.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okay, po wrzuceniu komentarza polskie znaki są już normalne, najwyraźniej jakieś problemy z mojej strony.

      Usuń
    2. Nicz się nie dzieje, to przeglądarka płata figle :D
      Dlaczego wszyscy uważają, że DN stoczyło się po śmierci L i w ogóle to byłą głupia decyzja, żeby pozbyć się tak ważnej postaci. Moim zdaniem właśnie odwrotnie, to ten moment nadaje wartości serii, od samego początku wiedziałam, że to jest ten rodzaj historii, gdzie na scenie nie pozostaje nikt żywy. Nie nazwałabym tego spadkiem, po prostu logiczna konsekwencja poprzednich wydarzeń, a że fabuła przez to zmieniła tempo i otoczkę, to już inna kwestia. Samego posunięcia bym nie krytykowała, wręcz przeciwnie, podobało mi się, że wreszcie ktoś odważył się na taki ruch, od razu więcej realizmu. Przepraszam, troszkę mi się ulało, to pozostałość po czasach bycia wielkim fanem DN i toczeniu różnych dyskusji w komentarzach i na chatach XD W mandze było prawie tak samo, ale zakończenie było trochę inne, bardziej jednoznaczne, Light był w oryginale bardziej żałosny i odwrócił się od niego nawet Mikami. O ile nie lubię tego bohatera i daleko mi do prezentowanych przez niego poglądów, to jednak uważam, że zakończenie w anime było lepsze, ciekawsze, miało więcej walorów artystycznych i bardziej skłaniało do refleksji nad przemianą głównego bohatera. Ogólnie Death Note to jeden z tych niewielu przykładów, gdy anime jest lepsze od mangi, na podstawie której powstało, abstrahując już od zakończenia, kilka elementów intryg w anime zostało delikatnie zmienionych i wypadają one bardziej prawdopodobnie, do tego dochodzi jeszcze muzyka. Są różne serie, w przypadku niektórych oprawa audiowizualna wcale nie musi odgrywać dużej roli, ale w DN muzyka po prostu ROBI TEN KLIMAT, już nawet nie sam soundtrack, ale jego dobór do scen i wykorzystanie, dosłownie ideał, za to Madhouse będę wielbić.
      Jezu, znów ściana pierdolenia XD

      Usuń
    3. Mnie po śmierci L uderzył najbardziej fakt, że w jego miejscu pojawił się Near, którego niespecjalnie lubię. Za to jakoś udało mi się polubić Mello, który niestety nie dożył finału.
      Ogólnie śmierć L uważam za bardzo dobrze przedstawioną i faktycznie dodaje to serii wartości, bo umiera istotny bohater, ale Near w formie zastępstwa nigdy mi do końca nie pasował; był za bardzo podobny do L, gdy Mello jest już o wiele bardziej indywidualną postacią (urzeka mnie w nim chyba fakt, że ma bardzo widoczne wady, a i jego cel to po prostu być tym lepszym). Pamiętam, że na późniejszym etapie Death Note'a podobało mi się jeszcze zwieńczenie wątku z ojcem Lighta i sam finał. Chociaż właściwie niewiele pamiętam z samego anime, bo oglądałem je jakoś cztery lata temu? Moją ostatnią stycznością był ten durny netfliksowy film, który nigdzie się nie kleił, ale był przy tym zabawny w swojej głupocie. Może wracając teraz do animowanego Notatnika Śmierci trochę inaczej bym to wszystko postrzegał.

      Usuń
    4. Near był beznadziejny i irytujący, ale potrzebny fabularnie, niestety. Na moje on chciał być podobny do L, dlatego tak się stylizował, ale w gruncie rzeczy niewiele o nim wiedział. Też lubię Mello, polecam te light novel, która ma wydać JPF, bo jej narratorem jest właśnie Mello. Smutne, że tak go nie doceniają, a w zasadzie wyszło na jego. Mello wdg dodatkowych informacji autorów wiedział więcej o L niż Near i generalnie on odrzucił wszelkie naśladowanie, bo uznał, że to głupoty.
      Mello ;_;

      Usuń
  3. Eh, skoro tych twórców, to pewnie sama się skuszę - no nie wytrzymam xD! Będę jednak miała na uwadze wszystkie twoje komentarze ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Kreska faktycznie świetna, ale nic poza nią mnie w tym tytule nie interesuje :v

    Kochana, mam nadzieję, że się jakoś trzymasz. Wysyłam resztki sił, które mi zostały, aby odpędzić tą złą wiedźmę zwaną Depresją! *pfszzzz*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzymam się, trzymam, właśnie wszystko (prawie) idzie podejrzanie dobrze :O To zdecydowanie bardzo dziwne.

      Usuń
  5. Obił mi się ten tytuł o uszy, ale poza kreską, którą uwielbiam, nie przykuł mojej uwagi.
    Z Twoim pisaniem nic się nie dzieje, a wrażenie, że pisze się gorzej, dopada chyba każdego, ba, niektórym (vide: mi) towarzyszy cały czas przekonanie, że w sumie to ogólnie za dobrze to nie piszą...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to już inna kwestia, takie przekonanie również jest moim dobrym przyjacielem.

      Usuń
  6. :'( Aż przykro było mi czytać, bo Obata to jeden z moich ulubionych rysowników. Jednak od tak sławnego duetu, fani oczekują czegoś rewolucyjnego, a nie zlepku czegoś co już znamy.

    Możemy podać sobie ręce, bo też przez uczelnię (inny okołonaukowy stuff) nie wyrabiam z pisaniem...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie to jeszcze życie towarzyskie. Rozumiesz? Prawdziwe ż y c i e t o w a r z y s k i e, o którym tyle czytałam.

      Usuń
    2. XDDD każdy ma jakiś znajomych, przyjaciół. Nawet takie zjeby jak my XDDD
      No ok. Raz czy dwa razy zdarzyło mi się wyjść do kina plus na koncert pojechać. :P może nie do końca sama uczelnia, ale ona głównie pochłania mi czas...

      Usuń
  7. Uhh dzięki Tobie wiem, żeby tego dalej nie czytać. Swego czasu przeczytałam kilka rozdziałów i mnie nie porwało, myślałam, że dalej jest lepiej. Smutek :( Szkoda, że autorzy hitowego Death Notea i bardzo dobrego Bakumana stworzyli coś takiego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niestety, nie jest lepiej, wręcz przeciwnie :< Boję się myśleć, dokąd to zmierza.

      Usuń
  8. Kobieto, kocham Twój humor! Świetnie czytało mi się tę recenzję!
    Szkoda, że fabuła jest do kitu :/ Bo szczerze mówiąc lubię inne mangi tego duetu i jak tylko zobaczyłam, że recenzujesz coś od nich, to bardzo się ucieszyłam, że wydali razem coś nowego. Mówi się trudno :|
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  9. Hmmm... No jak mam być szczera, Death Note i Bakuman podobały mi się bardzo i gdyby nie ta recenzja, to dałabym się nabrać :) Sięgnęłabym po to ze względu na nazwiska i rysunki.Jeśli kiedykolwiek ukaże się polskie wydanie, nie kupię tego.

    OdpowiedzUsuń
  10. O, że też ten tekst mi umknął! A też widziałam francuskie wydanie pierwszego tomu, ktoś w pracy miał, bardzo ładne i od razu otworzyło mi się na tej scenie z orgią, hehe.
    Shinji mnie nie denerwował, z Shinjim się utożsamiam.
    Uwielbiam kreskę Obaty już od czasów Hajime i z chęcią kupiłabym to tylko dla jego rysunków - ale tylko po polskich cenach, sprowadzanie jednak rezerwuję dla naprawdę wybitnych rzeczy. Chociaż ta historia brzmi jak masa dobrej zabawy, zwłaszcza, że DN i Bakumana znam mało, bo odrzuciły mnie przy wszelkich próbach kontaktu.
    Mam nadzieję, że jesteś zdrowa i że Ci akademik służy!

    OdpowiedzUsuń